Wrocławskie pismo Krucjaty - Młodzi w Życiu Publicznym


2 września 2010

WIARA

W naszym cyklu poświęconym cnotom omówiliśmy już cztery cnoty kardynalne, zwane również obyczajowymi bądź ludzkimi, a usposabiające do uczynków uczciwych, zgodnych ze zdrowym rozsądkiem. Za przedmiot rozważań weźmiemy więc teraz cnoty teologalne, czyli takie, które odnoszą się bezpośrednio do Boga. Ich początkiem, motywem i przedmiotem jest Bóg Trójjedyny (KKK 1812). Są to wiara, nadzieja i miłość. Niniejszy tekst poświęcimy krótkiej refleksji nad wiarą.

W katechizmie Piotra kard. Gasparriego wiara jest bardzo zwięźle i konkretnie opisana jako cnota nadprzyrodzona, która pod natchnieniem i z pomocą łaski sprawia, że przyjmujemy za prawdę to, co Bóg objawił, a przez Kościół do wierzenia podaje; przyjmujemy zaś to za prawdę nie dlatego, żebyśmy przyrodzonym światłem rozumu przejrzeli wewnętrzną prawdziwość tych prawd, lecz przez wzgląd na powagę samego Boga, który to objawił, a który się ani mylić nie może ani w błąd wprowadzać.

Analiza tej definicji powinna rozwiać wiele wątpliwości co do tego, jaka postawa powinna charakteryzować osobę wyznającą świętą wiarę katolicką. Po pierwsze: wiarę otrzymujemy z Bożej łaski, dlatego powinniśmy za nią Bogu dziękować i o nią się modlić. Ktoś, kto zlekceważy wiarę i straci ją (na przykład przez zaniedbanie), nie może liczyć, że odzyska ją, kiedy tylko będzie chciał.

Po drugie: Bóg objawia się przez Kościół, dlatego wiara nie może być postrzegana jako osobiste natchnienie w oderwaniu od nauczania Kościoła. Niestety często spotykamy się z poglądami, że wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka, że można dowolnie ją interpretować i kształtować. Trafiamy czasami na ludzi, którzy uważając się za katolików wierzą jednocześnie w reinkarnację, nie uznają wszystkich przykazań, nie wierzą w istnienie piekła lub kierują się przesądami i wróżbami. Tłumaczą się przy tym, że pozostają wierni swoim głębokim, wewnętrznym przekonaniom. Pozostają oni w błędzie i nie powinni nazywać się katolikami, dopóki w duchu pokory nie odrzucą własnych rojeń i nie przyjmą tego, co podaje im do wierzenia Święta Matka Kościół.

Po trzecie wierzymy ze względu na Boga, a nie ze względu na własne rozumowanie; ostatnia część przytoczonej tu definicji wiary powinna dać nam wiele do myślenia tym bardziej, że zdarza się nam trafiać na ludzi, którzy swoją wiarę tłumaczą dobrze przeprowadzonym rozumowaniem – często robią to w dobrych intencjach nie widząc, gdzie znajduje się pułapka. A tą pułapką jest pycha. Jeżeli ktoś wierzy w Boga, powinien również wierzyć Bogu. Nie przyjmujemy wiary dlatego, że wszystko przeniknęliśmy własną myślą, ale – wiedząc jak jest ona ograniczona - zawierzamy Bogu bez granic.

Na koniec ustosunkujmy się jeszcze do często głoszonego przesądu, jakoby wiara była sprzeczna z rozumem. Prawdą jest, że spraw wiary rozum nie ogarnia, ale nie ma tu konfliktu, przeciwnie, jest harmonia, gdyż rozum – sam wiedząc, że jest ograniczony - chętnie zdaje się na wiarę w sprawach, których nie obejmuje. Zresztą między wiarą a rozumem żadna sprzeczność zajść nie może, gdyż - jak podaje katechizm kard. Gaspariego – ten sam Bóg, który objawia tajemnice i wlewa wiarę, dał duszy ludzkiej światło rozumu; Bóg Siebie samego zaprzeczyć nie może, ani też jedna prawda nie może się sprzeciwiać drugiej.

Cesare Ripa:
Niewiasta ubrana na biało, z hełmem na głowie, z zapaloną świecą w prawej dłoni i z sercem; w lewej dłoni trzyma tablice praw Starego Zakonu tudzież otwartą księgę. Wiara, jako jedna z cnót Teologicznych, ma na głowie Hełm na znak, że aby mieć prawdziwą wiarę, należy umysł swój zabezpieczyć przed ciosami wrogiego oręża (którym są racje naturalne Filozofów i sofistyczne Heretyków tudzież złych Chrześcijan), trzymając go mocno w doktrynie ewangelicznej oraz przy bożych przykazaniach jako że św. Grzegorz w Homilii 26 mówi: fides non habet meritum ubi humana ratio praebet experimentum (wiara nie ma wartości kiedy umysł człowieka żąda doświadczenia – K.P.).
Księga oraz tablice Mojżeszowe to Stary i Nowy Testament razem. Serce w dłoni wraz z zapaloną świecą pokazują rozświetlenie umysłu przez Wiarę, która rozprasza mroki niewiary i niewiedzy, wedle tego, co w rozdz. 9 mówi o św. Janie Augustyn: Caecitas est infidelitas, et illuminatio fides.

Filip Maria Muszyński

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Źródła

Mówisz: Niech sobie ludzie nie kochają Boga,
Byle im była cnota i Ojczyzna droga.
Głupiec mówi: Niech sobie źródło wyschnie w górach,
Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach.

Adam Mickiewicz

Tekst przedrukowany został w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Dyktatura relatywizmu

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wielu katolików uległo złudzeniu, że Kościół nie ma wrogów. Niewłaściwie pojmowana miłość do świata doprowadziła do tego, że przeciętny katolik zupełnie przestał być stanowczy. Mimo to jednak – jak zauważa w swojej nowej książce Roberto de Mattei – choć katolicy zmienili swoje nastawienie, praktykując politykę dialogu i wyciągniętej ręki, to współczesny świat w żaden sposób nie zmienił swojego nastawienia do Kościoła.

Relatywizm definiowany jest jako pogląd filozoficzny głoszący względność i subiektywność poznania, a także wartości i ocen etycznych. Ten pogląd szczególną popularność zyskiwał od drugiej połowy XX wieku, choć można także pokazywać jego wcześniejsze tryumfy (np. pokój augsburgski z 1555 roku i zasada cuius regio, eius religio). Terminu dyktatura relatywizmu użył kard. Joseph Ratzinger w homilii wygłoszonej 18 kwietnia 2005. Obecny papież stwierdził w niej: Wyznawanie jasno określonej wiary, zgodnej z Credo Kościoła, jest często określane jako fundamentalizm. Natomiast relatywizm, to znaczy poddawanie się „każdemu powiewowi nauki”, jawi się jako jedyna postawa godna współczesnej epoki. Tworzy się swoista dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za ostateczne i jako jedyną miarę rzeczy pozostawia tylko własne ja i jego zachcianki.

Przejawem dyktatury relatywizmu jest coraz powszechniejsze odejście od prawa naturalnego – które Stwórca zaszczepił w duszy każdego człowieka – na rzecz wydumanego prawa stanowionego przez organizmy polityczne. Tak działo się w hitlerowskich Niemczech i w Związku Sowieckim; tak dzieje się także teraz w całym „cywilizowanym” świecie, który za podstawowe prawo człowieka uznaje zabicie nienarodzonego dziecka czy wolność od obecności krzyża. Znakomitym przykładem dyktatury relatywizmu jest nazywanie homoseksualnych związków „małżeństwami” czy „rodzinami” – wbrew oczywistemu znaczeniu tych słów. Quid est veritas? – pytał Poncjusz Piłat (to pytanie de Mattei nazywa pierwszym udokumentowanym aktem relatywizmu) – dzisiaj na to pytanie powszechnie słyszy się dwie odpowiedzi: albo, że prawdy nie ma, albo – że jest ich wiele („ja mam swoją prawdę, ty masz swoją…”).

Dyktatura relatywizmu okazuje się przy tym dyktaturą coraz brutalniejszą. De Mattei podaje kilka przykładów z roku 2007 – wśród nich także wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Tysiąc przeciwko Polsce. Szczególnie przerażające jest jednak to, że w ciągu tych dwóch lat sytuacja posunęła się dużo dalej. W Wielkiej Brytanii forsowane jest prawo zakazujące dyskryminowania kogokolwiek przy zatrudnieniu – nowe prawo ma dotyczyć także Kościoła. Oznacza to, że biskup, który odmówi wyświęcenia na księdza kobiety albo homoseksualisty – będzie mógł być karany grzywną i więzieniem. Równolegle wprowadzane są przepisy, w myśl których krzyże zniknąć mają nawet z prywatnych katolickich szkół i przychodni. Po objęciu władzy w USA przez Baracka Obamę także Stany Zjednoczone radykalnie przyspieszyły w rewolucyjnym wyścigu. Tym aktualniejsze są słowa przestrogi, jaką autor Dyktatury relatywizmu kieruje do swoich czytelników: „Powinniśmy nabrać przekonania, że w tej sprawie nie można być neutralnym: albo opisany proces będzie się pogłębiał i doprowadzi do prześladowania katolików oraz każdego, kto broni prawa naturalnego; albo w wyniku naszego zdecydowanego oporu proces dechrystianizacji ulegnie zatrzymaniu, natomiast rozpocznie się odbudowa społeczeństwa w oparciu o zasady porządku naturalnego i chrześcijańskiego”.

PTW

Roberto de Mattei, Dyktatura relatywizmu, Prohibita, Warszawa 2009.

Prof. Roberto de Mattei, uczeń i asystent filozofa Augusto Del Noce, należy do najważniejszych myślicieli katolickich naszych czasów. Kieruje katedrą historii nowożytnej Uniwersytetu Cassino, prowadzi wykłady z historii chrześcijaństwa i Kościoła na Uniwersytecie Europejskim w Rzymie. Jest twórcą Centrum Kulturalnego Lepanto – stowarzyszenia katolików świeckich działających na rzecz obrony zasad i cywilizacji chrześcijańskiej oraz redaktorem naczelnym miesięcznika „Radici Cristiane”. Jako znawca liturgii uczestniczył, na zaproszenie kard. Josepha Ratzingera, w liturgicznym seminarium w tradycyjnym benedyktyńskim opactwie Fontgombault we Francji. Polskiemu czytelnikowi znany jest ze znakomitej biografii Plinia Correa de Oliveira Krzyżowiec XX wieku, wydanej przez Instytut Ks. Piotra Skargi w 2004 roku.

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Wierna podobizna i cukierkowy obrazek

Będąc w Padwie we Włoszech, zwiedziłem słynną bazylikę św. Antoniego. I pamiętam, że na jednej z kolumn we wnętrzu świątyni widziałem obraz przedstawiający franciszkanina jako silnego, potężnego mężczyznę – może nawet z pewną tendencją do otyłości – o poważnym wyrazie twarzy. Jego ręka unosiła się w geście tego, który naucza.

Zapytałem jednego z braci, który usługiwał wiernym: Kto to jest na tym obrazie? Odpowiedź brzmiała: Ten obraz to najstarsze przedstawienie malarskie św. Antoniego Padewskiego, zwanego św. Antonim z Lizbony, jakie zachowało się do naszych czasów. Prawdopodobnie został namalowany przez Giotta lub któregoś z jego uczniów. Jest to najbliższe historycznie przedstawienie postaci świętego, jakie znamy.

Skierowałem się do zakrystii, gdzie znajdowała się kolejka wiernych kupujących różańce i najróżniejsze dewocjonalia. Sprzedawano także kopie tego obrazu, a także obrazki z wizerunkiem tego samego świętego, drukowane w naszych czasach. Kupiłem taką kopię i obrazek, aby móc porównać dwa przedstawienia słynnego franciszkańskiego świętego.

Obrazek przedstawiał rumianego św. Antoniego, którego rysy nie zdradzały żadnego napięcia, bólu, oburzenia czy też zaniepokojenia lub nawet wysiłku. Twarz, niemal pozbawiona brody, sprawiała wrażenie porcelanowej, a usta wyglądały jakby nigdy nie wyrzekły ani słowa. Raczej jakby miały otworzyć się jedynie po to, by przełknąć jakiś kleik…

Oczy patrzyły przed siebie na coś, co najwyraźniej nie zasługiwało na uwagę. Postać zupełnie pozbawiona wyrazu. Ale to właśnie ten obrazek sprzedawał się w wielkich ilościach… Tymczasem reprodukcje autentycznego wizerunku świętego były rzadko nabywane przez zwiedzających. Ta dysproporcja wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Później, w czasie spotkania z przyjaciółmi, przeanalizowaliśmy i porównaliśmy oba przedstawienia. Umocniliśmy się w przekonaniu, że istnieje jakaś niejasna szkoła duchowości, starająca się zdeformować pobożność katolicką wedle przesłodzonego modelu, którego archetypowym przykładem był właśnie obrazek z wizerunkiem św. Antoniego.

Plinio Corrêa de Oliveira

Przedruk z „Przymierza z Maryją”, nr 16/2004, ukazał się w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Crucesignatus

Rycerze Chrystusa […] mogą bez trwogi walczyć orężem w obronie Pana, nie lękając się grzechu, gdy zabiją wroga, ani potępienia, jeśli sami polegną. Czy dotknie ich śmierć, czy zadadzą ją innym, zawsze będzie to śmierć w imię Chrystusa; nie ma ona w sobie nic występnego, jest bardzo chwalebna.
Św. Bernard z Clairvaux, De laude novae militiae

Chyba każdy normalnie rozwijający się chłopiec przeżywa w swoim życiu okres fascynacji ideałem rycerza. Poza okładaniem się kijami, konstruowaniem kartonowych zbroi oraz przywdziewaniem płaszczów z prześcieradeł i firanek przejawia się on również (z reguły) w zachwycie, podziwie i przemożnemu pragnieniu naśladowania postaw, jakim ów ideał jest podporządkowany. Wartości, jakie go konstytuują: honor, męstwo, umiłowanie prawdy, dozgonna wierność, a przede wszystkim przedziwny mariaż pobożności życia i walki zbrojnej, urzeka i odciska niezatarte piętno na duszy, kształtując nasz, typowo męski sposób przeżywania własnej religijności. Wielu z nas ta dziecięca inklinacja nie opuszcza przez całe życie, niekiedy zamieniając się w pasję.

Nietypowa forma rozrywki

Z tejże pasji zrodził się Ruch Rycerski - który w najprostszych słowach zdefiniować można jako próbę odtwórstwa kultury materialnej i duchowej średniowiecza. Grupa mężczyzn w wieku od dwudziestu do sześćdziesięciu lat okłada się mieczami, tasakami, masywnymi drzewcami, spędza długie wieczory i noce na wertowaniu pozycji naukowych i popularnych pomocnych w zgłębianiu każdego niemal aspektu wieków średnich, wydaje setki ciężko zarobionych złotych na perfekcyjnie odwzorowane zbroje, stroje oraz rekonstrukcje przedmiotów codziennego użytku, spędza długie godziny, dni, tygodnie, z całymi rodzinami, bez łóżka, prądu, urządzeń sanitarnych, na cyklicznie odbywających się imprezach. Po co? By choć przez chwilę poczuć to, co czuli ludzie średniowiecza, by poznać ich świat w najdrobniejszym szczególe. Wypada zadać sobie w tym miejscu pytanie: czy Ruch Rycerski ma cokolwiek wspólnego z Kontrrewolucją?

Naznaczony krzyżem

Crucesignatus to, z łaciny, dosłownie „naznaczony krzyżem”. Tym mianem określano krzyżowców. Banałem byłoby wyjaśnianie genezy tej nazwy – o znaku krzyża przyszywanego przez uczestników Wypraw Krzyżowych na piersi. Krzyż stał się szybko nieodłącznym emblematem rycerzy zarówno w Ziemi Świętej – jak i w Europie. Zdobił nie tylko cote d’arme – szatę noszoną na zbroi, płaszcz czy tarcze braci zakonnej - prawie każdy element ekwipunku rycerza nawiązywał do tego symbolu - od kształtu miecza począwszy, poprzez ozdoby, po otwory wentylacyjne w hełmach. Wszystko było podporządkowane symbolice tego świętego znaku – słowem - „naznaczone krzyżem”. Sformułowanie to jednak nabiera dla nas, członków Ruchu Rycerskiego szczególnego znaczenia: jest tożsame z owym piętnem, o którym wspomniałem we wstępie. Jak krzyżowcy, tak i my, rekonstruujący kulturę średniowiecza, zostaliśmy naznaczeni przez signum crucis. Wymaga to od nas zupełnie innej perspektywy postrzegania otaczającej nas rzeczywistości, niż jest proponowana przez dzisiejszy świat. Chcąc sumiennie wypełniać wyznaczony sobie cel, musimy przyjąć percepcję osób zamieszkujących teocentryczne universum medii aevi, zaczynając od podstaw: zbudowania hierarchii wartości, na której szczycie jest Wszechmogący, w Trójcy Jedyny Bóg. Wiara w Jezusa Chrystusa i żywe uczestnictwo w jego Kościele jest warunkiem sine qua non możności jakiegokolwiek odwoływania się do dziedzictwa umiłowanej przez nas epoki. Tak samo jak krzyżowcom, tak i nam, współczesnym rycerzom, nie żal jest żyć dla Krzyża, nie żal też, jeśli zajdzie potrzeba, za Niego umrzeć.

Powrót rycerstwa

Początek Ruchu Rycerskiego w Polsce sięga lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, za jego kolebkę uznaje się zamek Golub-Dobrzyń, na którym to odbył się pierwszy turniej. Przez dwadzieścia lat ten sposób spędzania wolnego czasu traktowany był jako sui generis egzotyka. Zmianę przyniósł (z nie do końca jasnych przyczyn – być może rozpowszechnienia dostępu do Internetu) początek nowego stulecia – liczba ludzi czynnie zaangażowanych, jak i widzów turniejów zaczęła gwałtownie rosnąć – dość na tym, że obecnie w inscenizacji bitwy pod Grunwaldem corocznie bierze udział około dwóch tysięcy uczestników, widzów jest ponad sto tysięcy (z każdym rokiem liczby te się powiększają). Dziś bractwa rycerskie znaleźć można w prawie każdym nieco większym mieście. Ich członkowie to przedstawiciele różnorakich grup społecznych, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia. Bractwa działają prężniej lub bardziej ospale przez cały rok, organizując turnieje, pokazy, inscenizacje, urozmaicając swoją obecnością zwiedzanie zamków warownych, a nawet przeprowadzając pogadanki edukacyjne w szkołach. Do tego wspomnieć należy o rzeszach rzemieślników – płatnerzy, kowali, krawców, szewców, stolarzy, snycerzy, bednarzy, i wielu wielu, innych, którzy utrzymują się wyłącznie z zapewniania członkom Ruchu Rycerskiego swoich usług i wyrobów.

Wieki średnie w XXI w.

W sezonie, trwającym z reguły od maja do końca września, uczestniczy się w kilku imprezach związanych z rekonstrukcją średniowiecza. Zwykle są one kilkudniowe – od piątku do niedzieli, lub dłuższe, jak w przypadku rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem. Podczas takich eskapad staramy się, aby współczesność przestała istnieć – śpimy w namiotach, szytych na podstawie rycin, z naturalnych materiałów, ustawianych na wzór wojennego obozu, otoczonego elementami drewnianej fortyfikacji. Wnętrze namiotu jest zwykle wyposażone w drewniane lub wiklinowe skrzynie oraz sienniki będące odpowiednikiem polowych materaców napchanych słomą lub sianem. Paleniska z kotłami do gotowania strawy starczają nam za kuchnie, pozbijane z desek stoły na kobyłkach oraz zydelki do siedzenia zastępują najwykwintniejsze salony. Czas płynie na turniejach, próbach muzykowania, wizytach w karczmach i kramach na których można nabyć rozmaite, lepsze lub gorsze produkty rzemieślnicze. Ważnym elementem stają się – tak jak na corocznej imprezie w Grunwaldzie – codzienne Msze Święte w kaplicy polowej (obecnie ich organizacją zajmuje się Piotr Koc herbu Dąbrowa). Wszystko to pozwala na moment oderwać się od otaczającego nas świata, zakosztować wygód i niewygód niezwykłej codzienności średniowiecznego wojaka.

Przygotowanie do uczestnictwa w imprezach rekonstrukcyjnych trwa wyjątkowo długo – jeśli chodzi o ścisłość – właściwie w ogóle się nie kończy. Zawsze jest jakiś szczegół wymagający dopracowania, element który chciałoby się ulepszyć, wymienić, podrasować. Wszyscy dążymy do doskonałości – tzw. „ultrasi” posiadają stroje z tradycyjnie tkanych materiałów, barwionych naturalnie, szyte ręcznie lnianymi nićmi, zdobione kutymi lub odlewanymi skuwkami, guzikami, ozdobami. Podobnie wygląda sprawa zbroi, w których bardzo liczy się wierne odwzorowanie bazowane na wykopaliskach, zbiorach muzealnych czy rycinach, a także technika wykonania. Uczciwie trzeba przyznać, że pod względem finansowo – czasowym jest to studnia bez dna, ale satysfakcja z efektów pieczołowitej staranności jest jak najbardziej warta wysiłku i poświęceń. Początkujący uczestnik Ruchu Rycerskiego może oczywiście ograniczyć się do podstawowego ekwipunku – odzienia, miski, kubka i noża, i równie dobrze może czerpać wiele satysfakcji z czynnego udziału w tego rodzaju wyjazdach.

Średniowiecze w duszach

Jeśli chodzi o ludzi działających w Ruchu Rycerskim, materia pozostawia sporo do życzenia. Niestety, wiele (większość?) osób zajmujących się odtwarzaniem średniowiecza ma z nim tyle wspólnego, co dzisiejsze znaczenie terminu „sprawiedliwość społeczna” ze sprawiedliwością. Ludzie, co prawda zafascynowani pewnymi aspektami kultury materialnej epoki, kompletnie przekreślają jej osiągnięcia duchowe, szydząc z nich, przedstawiając je w krzywym zwierciadle, wyrażając się o nich bez krztyny szacunku. Mało tego, nie brakuje wśród nich bluźnierców i heretyków. Nierzadko ich sposób odtwarzania historii przypomina Przystanek Woodstock, a w imprezach uczestniczą tylko by się wyszaleć, dać upust pierwotnym instynktom. Na szczęście spora (i – co wyraźnie ostatnio się obserwuje – coraz większa) część naszego środowiska naprawdę czuje klimat duchowy wieków średnich. Co rusz zaskakują nas pocieszające nowiny o kolejnym „nawróconym” na tradycyjną liturgię znajomym, który natrafił na nią w swoich poszukiwaniach prawdziwej średniowiecznej duchowości. Kontakty z takimi osobami nie tylko pozwalają utwierdzić się we własnych przekonaniach, ale i bardzo rozwijają dzięki wymianie eksperiencyj zdobytych w procesie zgłębiania historii , skoro już się tak wyrażę, od kuchni.

Odkłamać stereotypy

Warto również wspomnieć o reakcjach ludzi niezaangażowanych w Ruch Rycerski, z którymi pozostaje się w bliższych lub dalszych kontaktach. Rodziny rekonstruujących, jak i ich przyjaciele, znajomi, bardzo często sami wstępują w szeregi bractw, zauroczeni doświadczeniami, jakie oferuje uczestnictwo w odtwórstwie historii. Podobnie widzowie, którzy całymi rodzinami przyjeżdżają niekiedy z odległych zakątków Polski mają zapewnioną nie tylko rozrywkę na całkiem przyzwoitym poziomie, możliwość poznania wiedzy, której próżno szukać w książkach, ale i okazję do rewizji swoich poglądów, stereotypów i przeświadczeń na temat „wieków ciemnych”. Poprzez tak namacalne wprowadzanie osób postronnych w teocentryczny świat medium aevum, mamy jedyną w swoim rodzaju możliwość zademonstrowania im prawdziwego bogactwa kultury, piękna dawnej obyczajowości, hierarchii wartości, znaczenia honoru, wiary oraz wielkości odtwarzanej przez nas epoki - słowem – walki z kłamliwym obrazem średniowiecza wpajanym ludziom od najwcześniejszych lat edukacji. Ludzie reagują bardzo różnie – niektórzy śmiechem, niektórzy niezrozumieniem. Czasem trudno im wytłumaczyć, że to czym się zajmujemy to nie dziecinne wygłupy. Z drugiej strony życzliwość oglądających, spowodowana, jak mniemam, wdzięcznością za urozmaicanie im monotonnej codzienności (turnieje, pokazy częściej odbywają się w małych mieścinach, gdzie nic zasadniczo się nie dzieje), pozwala na wymierne rezultaty działalności na rzecz przywrócenia czci tej najbardziej oczernionej epoce w dziejach.

Kontrrewolucyjny styl życia

Podsumowując, Ruch Rycerski stanowi coś więcej niż li tylko hobby. Jest on sposobem na życie. Pomaga w kształtowaniu własnej osobowości w oparciu o wartości, których wkład w budowę naszej chrześcijańskiej cywilizacji jest trudny do przecenienia - w oparciu o ideały rycerskie. Odpowiedź na pytanie, które sobie postawiłem we wstępie moich rozważań jest więc, jak sądzę, twierdząca. Ruch Rycerski potraktować można bowiem jako środek, swoistą broń w walce z pewnymi aspektami rewolucji. Nasza walka o tożsamość dzisiejszego społeczeństwa musi rozpocząć się od naprawy pojęć, tak haniebnie wypaczonych przez wrogie nam siły. Rekonstrukcje mogą wiele zdziałać w zakresie odkłamywania historii, oplutej przez lewacką doktrynę, oczyszczenia korzeni naszej cywilizacji z chwastów łgarstw i mitów szkalujących średniowiecze – epokę jak dotąd najbliższą nauce Chrystusa i Kościoła, jego Mistycznego Ciała, epokę zbudowaną na solidnym fundamencie Wiary Katolickiej, na umiłowaniu boskiej hierarchii i porządku.

Filip Andrzej Włodek

Bractwo Rycerskie
Świętego Szturmu Jerozolimy

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Twierdza

„Przeraża nas, nierycerskich ludzi, grożące niebezpieczeństwo, które chociaż bez wątpienia jest okropnym, nie jest przecież tak nadzwyczaj wielkim, ażeby miało zachwiać naszą stałość w obronie Wiary, Świętego Obrazu i własnego dobra. (…) My przynajmniej niektórzy mamy to stałe przedsięwzięcie unikać obcowania z heretyckim narodem, którego tyrańskim panowaniem niecnie się brzydzimy.”
Przeor Augustyn Kordecki, Jasna Góra, grudzień 1655 r.

W grudniu 1655 r. na zamku w Krzepicach umierał w strasznych męczarniach jego aktualny rezydent. Pułkownik Horn, oficer wojsk szwedzkich okupujących polskie ziemie, przybył tu z dalekiego kraju po własną śmierć. Ciężko ranny podczas oblężenia jasnogórskiego klasztoru, prosił Boga o łaskę – o rychły zgon. Dusza nie chciała jednak opuścić udręczonego ciała.

****

Podbój Rzeczypospolitej przez regimenty króla Szwecji Karola Gustawa miał wszelkie cechy niepohamowanego kataklizmu. Zgnuśniała, oglądająca się jedynie za własnym interesem polska szlachta nie była w stanie zorganizować skutecznego oporu. Kraj, jeszcze niedawno niekwestionowana potęga w tej części Europy, upadł zalany morzem nieprzyjaciół. Wszędzie stanęły garnizony obcego wojska. Pułkownik Horn, z zasłużonej szwedzkiej familii, mianowany został gubernatorem Krzepic.

Brutalne postępowanie żołnierzy szwedzkich wywoływało ostre konflikty. Jednym z najważniejszych źródeł zatargów były różnice wyznaniowe. Protestanccy okupanci z osobliwym upodobaniem profanowali katolickie obiekty kultu.

****

8 listopada 1655 r. dwustu szwedzkich rajtarów, pod wodzą czeskiego awanturnika, hrabiego Weyharda Wrzesowicza, próbowała zająć duchową stolicę Polski – klasztor na Jasnej Górze. Napastnicy zastali zamknięte bramy; z zemsty spalili zabudowania przy kościele św. Barbary. Cztery dni później Wrzesowicz ponownie najechał posiadłości klasztorne.

18 listopada nadciągnęły główne siły nieprzyjaciela. Jenerał Burchard Miller wiódł 1600 żołnierza – Szwedów, Finów, Niemców i posłusznych im Polaków, oraz 8 dział. W następnych tygodniach, mimo poniesionych strat, liczebność wojsk Millera wzrosła do 3000 ludzi. Znalazł się wśród nich gubernator krzepicki, pułkownik Horn.

Jenerał Miller (Müller), Niemiec na szwedzkiej służbie, nie przywiązywał wagi do zleconego mu zadania zajęcia klasztoru. On, weteran wojny trzydziestoletniej w Niemczech, uczestnik wielu srogich bojów, przy tym fanatyczny wróg „katolickiego zabobonu”, jasnogórską forteczkę nazywał pogardliwie „kurnikiem”. Nie mógł przewidzieć, że ów „kurnik” stanie się grobem jego wojennej sławy.

****

Załogę klasztoru paulinów na Jasnej Górze stanowiło 160 żołnierzy, wspieranych przez 70 zakonników i piątkę szlachty wraz z pocztem – w sumie jakieś ćwierć tysiąca ludzi zdolnych do walki. Murów twierdzy strzegło 20 dział.

Duszą oporu był przeor Augustyn Kordecki, dzielnie sekundowali mu miecznik sieradzki Stefan Zamoyski i Piotr Czarniecki.

****

Szwedzi uderzyli na przyległy do klasztoru folwark. Zabili rządcę Jana Konopskiego. Potem rozpoczęło się oblężenie. Nieprzyjacielska artyleria bombardowała klasztor, obrońcy odpowiadali ogniem. Pojedynek puszkarzy obu stron przerywały od czasu do czasu zawieszenia broni, podczas których szwedzcy parlamentarzyści usiłowali nakłonić jasnogórców do kapitulacji.

****

Polacy dokonali dwóch „wycieczek” – zbrojnych wypadów przeciw pozycjom wroga. Przerwali prace minerskie, likwidując korytarz minowy i wybijając górników, zagwoździli też cztery działa. W trakcie pierwszego z rajdów, rażony chłopską kosą, padł pułkownik Horn.

****

10 grudnia Miller otrzymał nowe posiłki. Z Krakowa przybyło 6 ciężkich dział, w tym dwie 24-funtowe półkartauny. Tylko w następnym dniu na klasztor spadło 340 pocisków dużego kalibru.

Dla jasnogórców nastały ciężkie chwile. Nieprzyjacielski ostrzał spowodował spore zniszczenia. Armatnie kule zdołały przebić gdzieniegdzie umocnienia. Wystrzeliwane na klasztor pochodnie, sporządzone z pozwijanych konopi oblanych smołą i żywicą wywołały szereg pożarów. Szczególny respekt budziły granaty i bomby wypełnione prochem. Przeor Kordecki wspominał: „Zwolennik kalwińskich zabobonów mniemając, że nie dosyć srogość swoją nasycić może przez niepokojenie orężem sług Bogarodzicy, umyślił jeszcze zapalczywość swą świętokradztwem powiększyć; wybierał tedy do szturmu dnie ku czci N. Panny przeznaczone. (…) Zdawało się, że piekło samo paszczę otwarło przeciw obrazowi świętemu. (…) gdy po Mszy świętej procesja wyszła pomiędzy przedmurza, sypały się ogromne złomu murów, a świszczące kule (ważące po 26 funtów) przelatywały, nie bez wielkiego przestrachu, ponad głowami modlących się. Nikt przecież w tak okropnym niebezpieczeństwie nie udał się na mury przed ukończeniem nabożeństwa. Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co tylko było ludzi płci obojej w klasztorze), podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony. (…) uniesiony złością Miller puścił wodze swej wściekłości i kazał na nowo straszliwy ogień rozpocząć i okropne pociski rzucać, ogromnym łoskotem, powietrze i ziemię wstrząsając…”

****

Ostrzałowi artyleryjskiemu towarzyszyły zadziwiające wydarzenia:

„(…) kula rozpalona (…) padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie naruszyła.”

„(…) jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odskoczyła; druga (…) jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zawróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając”.

W dzień Bożego Narodzenia niespodziewanie eksplodowało największe szwedzkie działo:

„(…) słyszano to od samych Szwedów w obozie (…) że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. (…) siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym, a artylerzysta przy nim stojący zabitym został.”

****

Na bluźnierców i świętokradców w szeregach heretyków spadały srogie kary:

„Ten bowiem, ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swoim współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry. (…) w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi w nim świętokradzką żądzę łupu.”

„W (…) uroczystość Niepokalanego Poczęcia N. Panny Maryi żołnierz szwedzki zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy (…) bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem św. Barbary od kuli działowej…”

„Szczególne zdarzenie wstrzymało zajadłość Millera, gdyż pięciu artylerzystów od zapalenia się prochu oślepło…”

****

Śmierć chodziła też krok w krok za Millerem. Ktoś jakby wstrzymywał Swą karzącą rękę, pragnąc widać przekazać znak jakowyś wodzowi heretyków:

„(…) przywódca dział szwedzkich wystrzelił (…) ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi…”

„(…) Miller miał w te dnie okropny widok, albowiem jeden z przywódców wojskowych, podczas kiedy z nim poufale rozmawiał w mieszkaniu swoim, kulą w bok trafiony, padł w jego obliczu i natychmiast skonał.”

„gdy Jenerał siedział u stołu z kilką ze starszyzny wieczorem, kula działowa (…) wpadła pomiędzy biesiadujących, poprzewracała wszystkie butelki i kielichy i część stołu oderwała…”

****

Miller zrozumiał wreszcie przesłanie, a może przeraziły go widoczne skutki najazdu na klasztor. Oto ujarzmiony naród, dopiero co rzucony na kolana, powstawał do walki, na wieść o postępku Szwedów. Grzmot oblężniczych dział odzywał się echem w duszy i sercu każdego katolika. Jasnogórska Pani wiodła swe zastępy do boju przeciw hordom bezbożnych heretyków.

****

27 grudnia 1655 r. Szwedzi zwinęli oblężenie. Wielu poczytywało za cud, że w walkach poległo tylko sześciu obrońców – czterech podczas ostrzału klasztoru i dwóch w trakcie „wycieczek”. Zdumiewające, że wszyscy nosili imię Jan (siódmą polską ofiarą był zarządca przyklasztornego folwarku, również Jan, zamordowany przez Szwedów na początku oblężenia).

Przerwanie walk przyniosło też ukojenie gubernatorowi Krzepic. Ranny podczas „wycieczki” jasnogórców, przez wiele dni daremnie prosił Boga o litościwą śmierć. Medycy rozkładali ręce, w niemożności ulżenia cierpieniom umierającego, którego ciało gniło za życia, wydzielając ohydny fetor. Dopiero 27 grudnia, w dniu odejścia Szwedów spod Jasnej Góry, pułkownik Horn oddał ducha.

Andrzej Solak

„Wzrastanie” listopad 2003 http://krzyzowiec.prv.pl/

Tekst przedrukowany w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Vir totus catholicus

Obecnie funkcjonuje wiele popularnych modeli mężczyzny; jednak od chamskiego i zepsutego macho po zniewieściałego metroseksualistę – odrzucają one tradycyjne pojęcie mężczyzny, w którym zawiera się stanowczość i zdecydowanie, rycerskość, takt, a także – tak dzisiaj odrzucana – czystość.

Nie twierdzimy oczywiście, że w przeszłości ogół mężczyzn posiadał te cnoty. Jednak ich zestaw był pewnym ideałem, który budził podziw i szacunek; do którego dążono, a przynajmniej uznawano za godny naśladowania. Dzisiaj niestety nie brak opinii, że prawdziwy „facet” musi przeklinać albo uwodzić. Z drugiej zaś strony, lansuje się typ „antyfaceta” (w radykalnym wydaniu odzianego w damski strój) – kapryśnego, rozmiękczonego, niezdecydowanego; nawet sposobem poruszania się oraz głosem nie przypominającego mężczyzny. Jedno i drugie odległe jest od modelu katolickiego, reprezentowanego przez świętych rycerzy, królów, ojców rodzin, a także duchownych na przestrzeni wieków.

Wizerunkowi duchownego poświęcona jest 10. strona; tutaj spójrzmy na postać mężczyzny świeckiego. Niewątpliwie takim wzorem do naśladowania może być ideał średniowiecznego rycerza. Pisał o nim Plinio Correa de Oliveira, wymieniając szczególnie istotne jego cechy. Najważniejszymi były oczywiście wiara oraz waleczność, jednak prócz nich autor Rewolucji i Kontrrewolucji wymieniał kolejne: Odważny w walce, udoskonalił stopniowo reguły dobrego wychowania i współżycia w towarzystwie. Dumny wobec równych sobie, ale dobrotliwy wobec słabej płci, starców, chorych i rannych (…) Chociaż był wojownikiem, bardzo sprzyjał kulturze, jawiąc się jako promotor sztuki i wynosząc ton życia na poziom mniej surowy niż ten, który powszechny był na początku średniowiecza (…) Oto rysy, którymi rycerz, kiedyś tak surowy, naznaczył życie owej epoki czyniąc je pełnym uprzejmości i piękna. Ostatecznie współtworzył w ten sposób cywilizację katolicką.

Co do pobożności najzupełniej przystojnej prawdziwemu mężczyźnie, niech za przykład posłuży prowansalski hrabia Elzear, o którym pisał św. Franciszek Salezy. Rycerz ten, zapewne z powodu wojny, długo przebywał poza domem. Pobożna Delfina, wierna mu małżonka, posłała do niego umyślnego pytając o zdrowie. A on jej odpowiedział: „Zdrów jestem, kochana żono; a jeśli chcesz mnie widzieć, szukaj mnie w Ranie Przenajsłodszego Serce naszego Jezusa, bo tam jest moje mieszkanie i tam mnie znajdziesz. Gdzie indziej na próżno byś mnie szukała”. Był to rycerz naprawdę chrześcijański – zakończył święty biskup.

PTW

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

Krzyż a sprawa polska

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem
Polska jest Polską, a Polak Polakiem!

Adam Mickiewicz

Krzyż to odwieczny symbol wiary chrześcijańskiej, znak naszego odkupienia dokonanego przez Chrystusa Pana przed dwoma tysiącami lat na wzgórzu Kalwarii. Warto jednak przy okazji niedawnych wydarzeń, których byliśmy świadkami (wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, walka z krzyżem w XIV LO we Wrocławiu), przypomnieć także o patriotycznym znaczeniu tego najświętszego symbolu. Krzyż bowiem na przestrzeni wieków towarzyszył pokoleniom Polaków w ich zmaganiach o wolność, pełnych krwi, potu i łez. Co więcej – niejednokrotnie nasi przodkowie zmuszeni byli do walki właśnie o to, aby móc swoją miłość i przywiązanie do Chrystusowego krzyża publicznie okazywać.

Nikt nie może zaprzeczyć ani zakorzenieniu chrześcijaństwa w naszej kulturze i historii, ani zasługom Kościoła katolickiego w dziejach narodu polskiego. Przyjętą datą powstania państwa polskiego jest rok 966, czyli chrzest Mieszka I. Autorami arcyważnych dla badań nad historią polskiego średniowiecza kronik byli duchowni – Gall Anonim, bł. Wincenty Kadłubek, Jan Długosz. W okresie rozbicia dzielnicowego Kościół był jednym z czynników sprzyjających zatrzymaniu procesu rozdrobnienia feudalnego i odbudowie jedności politycznej państwa. Krzyż był wszędzie tam, gdzie Polacy przelewali krew w walce o wolność. Gdy pod koniec 1655 r., w czasie potopu szwedzkiego, większość kraju znajdowała się pod kontrolą najeźdźców, bohaterska obrona Jasnej Góry podtrzymywała na duchu walczących. Na najsłynniejszym obrazie ukazującym walki o klasztor, autorstwa Januarego Suchodolskiego, otuchy obrońcom dodaje przeor częstochowskich paulinów o. Augustyn Kordecki, który wysoko w górę unosi Chrystusowy krzyż.

O tym, jak ogromne znaczenie dla Polski i Polaków mają krzyż i wiara katolicka, dobrze wiedzieli zaborcy i okupanci, którzy podejmowali wiele z góry skazanych na niepowodzenie działań, mających na celu walkę z chrześcijaństwem na ziemiach polskich. Dla naszych rodaków, żyjących w trudnych dla naszego narodu okresach dziejowych – 123 lat niewoli, II wojny światowej, powojennego czerwonego terroru – walka o krzyż była synonimem walki o wolność. Warto w tym miejscu przypomnieć pewne poruszające wydarzeniu, jakie miało miejsce przed powstaniem styczniowym w zaborze rosyjskim. Otóż 8 kwietnia 1861 r. w czasie patriotycznej manifestacji na Placu Zamkowym w Warszawie pewien zakonnik niósł krzyż. Kiedy został on postrzelony i upadł na ziemię, pewien żydowski uczeń będący w pobliżu – Michał Landy – podniósł ów krzyż i niósł go dalej. Również on został ciężko raniony i zmarł następnego dnia. Żyd poległ, niosąc symbol obcy swojej wierze – to piękne świadectwo pokazuje, że krzyż to nie tylko znak odkupienia dla chrześcijan, lecz jest to także symbol polskości, głęboko zakorzeniony w naszej tożsamości. Zawsze podtrzymywał on naszych przodków na duchu tam, gdzie cierpieli i ginęli: na dalekiej Syberii, w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i komunistycznych łagrach.

W świetle tych faktów ukazujących, że obecność krzyża w polskiej przestrzeni publicznej jest czymś całkowicie naturalnym, absurdalnie brzmią słowa jego dzisiejszych wrogów, według których krzyż w polskiej szkole oznacza „indoktrynację”. Jest to również o tyle niedorzeczne, że ludzie ci nie mogliby dzisiaj głosić tego typu nonsensów, gdyby nie poświęcenie tych, którzy krzyż kochali i chcieli móc tę miłość publicznie okazywać. Wrogowie krzyża traktują chrześcijańskie tradycje naszego narodu, bez których Polacy nie są w stanie zrozumieć swojej własnej tożsamości, jako relikt przeszłości. Pamiętajmy jednak, że wyrzekanie się swoich chrześcijańskich korzeni przez narody Europy zawsze kończyło się rozlewem krwi i barbarzyństwem. Ponadto tak chwalebnych tradycji nie wolno porzucać, spychać na margines ani deprecjonować. Należy nimi żyć!

Mateusz Rutkowski

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

1 września 2010

OŚWIADCZENIE KRUCJATY – MŁODZI W ŻYCIU PUBLICZNYM WS. KRZYŻY W SZKOŁACH

(wobec ostatnich wydarzeń w XIV LO we Wrocławiu)

Wrocław, 8 grudnia 2009

Z oburzeniem przyjmujemy postulat usunięcia krzyży z polskich szkół. Krzyż jest nie tylko symbolem cierpienia, które nasz Pan poniósł dla zbawienia ludzi; nie tylko symbolem Bożej miłości do ludzi. Krzyż jest także tym symbolem, który polskiej szkole towarzyszył od jej zarania aż do mrocznych i haniebnych czasów komunizmu, kiedy to przemocą został z niej usunięty. Po upadku komunizmu papież Jan Paweł II nawoływał: „Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie“.

W dawnych wiekach nikomu ten symbol nie przeszkadzał – choć i wtedy wśród nauczanych zdarzali się przecież ludzie dalecy od chrześcijaństwa. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy czuć się „obrażonym“ czy „narażonym na straty moralne“ z powodu obecności w szkole symbolu miłości. Ten symbol, jak głosi uchwała Sejmu RP z dnia 3 grudnia 2009 r., „w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw“. Dlatego też uważamy, że walki z krzyżem w szkołach nie podejmują ludzie dobrej woli o odmiennym światopoglądzie, ale ludzie zaślepieni przez nienawiść do chrześcijaństwa. Nie dziwi obecność wśród nich agitatorów „Gazety Wyborczej“, która od dawna walczy z chrześcijańskimi tradycjami w Polsce. Tym razem redaktorzy „Gazety Wyborczej“ rozdmuchali drobną petycję trojga uczniów wrocławskiego XIV LO, nadali sprawie absurdalny rozgłos – i wywierali presję na dyrekcję szkoły (manipulując przy okazji wypowiedzi dyrektora), aby usunęła z sal krzyże. Ich, jak i wszystkich wrogów Krzyża polecamy miłosierdziu Tego, który także za nich został ukrzyżowany.

Jednocześnie wyrażamy nasze poparcie dla decyzji dyrektora XIV LO, p. Marka Łaźniaka, o pozostawieniu krzyży w salach tej szacownej szkoły.

Krucjata – Młodzi w Życiu Publicznym

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”

W obronie szkolnego krzyża

Krzyżowi poświęcony był poprzedni numer „Kontrrewolucji“. Akurat ten temat zyskał nadspodziewaną aktualność w ostatnim czasie za sprawą wyroku Trybunału w Strasburgu w sprawie Lautsi przeciwko Włochom. Nietrudno było przewidzieć, że po takim wyroku także w Polsce ktoś wyruszy na wojnę przeciwko krzyżom.

Zaczęła posłanka Joanna Senyszyn, ale sukcesu nie odniosła – wkrótce potem (3 grudnia) polski Sejm miażdżącą większością głosów (90%) przyjął uchwałę broniącą krzyża. Posłowie zaznaczyli, że krzyż jest nie tylko symbolem miłości Boga do człowieka, ale także „w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw“. Niemniej jednak już wtedy trwała konkretna bitwa o szkolne krzyże – na naszym, wrocławskim gruncie.

Kilkoro (według różnych źródeł: trzy lub cztery osoby) uczniów XIV LO zażądało usunięcia krzyży z sal tego szacownego liceum. Sprawę natychmiast nagłośniła „Gazeta Wyborcza“, wywierając na dyrekcję presję, żeby temu żądaniu ustąpiła. Jednocześnie redaktorzy „GW“ próbowali głos czwórki uczniów (0,5% uczniów Czternastki) przedstawić jako głos ogółu. Jacek Harłukowicz: „Młodzi nie chcą krzyża“; Klaus Bachmann: „Spór o krzyże to konflikt pokoleń“. W tym kontekście postanowiliśmy redaktorom „najobiektywniejszej" z gazet pokazać stosunek młodzieży do krzyża. W zorganizowanej przez nas legalnej pikiecie pod wrocławską siedzibą „GW“ udział wzięł ok. trzydziestu studentów i licealistów. Odczytane zostało oświadczenie oraz przypomniane słowa Jana Pawła II wypowiedziane w 1997 roku w Zakopanem: „Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz”. Następnie uczestnicy pikiety zmówili Różaniec św. jako przebłaganie za walkę z krzyżem – ale także w intencji tych, którzy z nim walczą. Akcja wzbudziła dość szerokie echa medialne (informowały o niej m.in. „Rzeczpospolita“, wrocławski „Gość Niedzielny“, ogólnopolska „Niedziela“, Polskie Radio Wrocław, a także główna zainteresowana, czyli „Gazeta Wyborcza“ – lokalna i ogólnopolska).

Tymczasem w XIV LO samorząd uczniowski zdystansował się od pomysłu zdejmowania krzyży. W szkole furorę zrobiły breloczki w kształcie chrześcijańskiej ryby, ze zdaniem „Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego Ja zaprę się przed Moim Ojcem, który jest w niebie“. Dyrektor szkoły otrzymał liczne prośby od jej uczniów i absolwentów, żeby krzyże w szkole pozostawił. Taką też podjął decyzję. 16 grudnia odbyła się natomiast w liceum debata na temat obecności krzyży w szkole. Każdą ze stron reprezentowała trójka uczniów oraz trzech zaproszonych gości. W obronie krzyża wystąpili uczniowie: Aleksandra Horowska, Czesław Domarecki i Mateusz Rutkowski oraz dr Łukasz Nysler, filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego, dr Tomasz Terlikowski, publicysta „Frondy“ i ks. Wojciech Zięba, szkolny katecheta.

Debata trwała ponad dwie godziny, strona obrońców krzyża prezentowała się zdecydowanie lepiej, zarówno pod względem retorycznym, jak i merytorycznym. Przeciwnicy próbowali szermować argumentem tolerancji, który jednak dużo bardziej działa na korzyść pozostawienia krzyża; nieustannie wracali także do sloganu „neutralności światopoglądowej państwa“. Dyskusję poprzedziło jednak wystąpienie prawniczki z Katedry Prawa Konstytucyjnego UWr, która wykazała, że krzyż w szkole ma prawo wisieć – pomimo „neutralności“. Łukasz Nysler pytał, czy w ogóle jest możliwa szkoła „neutralna światopoglądowo“, skoro nauczane są przedmioty humanistyczne, takie jak historia czy język polski, a sama szkoła ma obowiązek wpajania pewnych zasad uczniom – i oto zwolennicy szkoły „neutralnej“ zmuszeni byli przyznać mu rację. Bez echa pozostawało stawiane przez Horowską, Domareckiego i Rutkowskiego zagadnienie patriotycznego znaczenia krzyża (o czym szerzej pisze Mateusz Rutkowski). A przecież to dodatkowe znaczenie krzyża jest podstawowym w kontekście jego obecności w szkole. Dla katolika krzyż jest wszystkim, ale w przeszłości gromadzili się wokół niego także innowiercy i ateiści będący polskimi patriotami – żeby pod tym znakiem walczyć o Polskę...

Całą debatę można obejrzeć w Internecie (serwis youtube), a dłuższe jej omówienie na stronie Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, pod adresem: www.piotrskarga.pl/ps,4586,3,0,1,I,informacje.html.

PTW

Tekst ukazał się po raz pierwszy w numerze 7. (styczeń - luty 2010) „Kontrrewolucji”